Noce oscarowe zazwyczaj przesypiam. Z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że w naszej rzeczywistości są to w zasadzie poranki — w dodatku niedzielne.
Gdyby Oscary rozdawano w soboty, albo chociaż w piątki… Zarwanie sobotniej nocy jest stosunkowo łatwe. Cała Boża niedziela pozwala wówczas nadrobić braki we śnie. Na noc piątkową nakłada się natomiast całotygodniowe zmęczenie, które noc piątkowo-sobotnia potrafi świetnie zbilansować — pod warunkiem, że jest przespana.
Wymyślono jednak wręczenie Oscarów jak prawdziwe święto, a więc w niedzielę właśnie. Do tego przez lata transmisja nie była dostępna wcale albo trafiała do telewizji dodatkowo płatnej. Było więc to wydarzenie równie nieosiągalne jak wizyta za oceanem — może nawet bardziej.
Zdarzało mi się uczestniczyć w końcówkach gal w czasach, gdy dojazd do pracy zajmował mi niemal (albo i ponad) godzinę, a pojawić musiałem się na miejscu o siódmej. Wówczas rzeczywiście wysłuchiwałem za pośrednictwem odpowiedniego urządzenia zdolnego do wychwycenia fal ultrakrótkich, werdyktów Amerykańskiej Akademii Filmowej w kategoriach powszechnie uznawanych za najważniejsze, wraz ze stosownym komentarzem ekspertów zasiadających w radiowym studiu.
Minionej nocy pojawił się nawet przebłysk sugerujący zdalny udział w hollywoodzkiej gali. Pomyślałem bowiem, że skoro — zupełnie niechcący — dotrwałem do tak późnej godziny i mam włączony telewizor, to może jednak przełączę się na transmisję z rozdania statuetek. Pomysł szybko jednak porzuciłem. Włączyłem „Gangi Nowego Jorku” i — w pełni ukontentowany — szybko zasnąłem.
„Gangi…” nie miały oczywiście na celu podświadomej agitacji na rzecz kolejnego Oscara dla Leonardo DiCaprio. Aktora owego cenię bezsprzecznie, natomiast czas oscarowy bardziej niż o jego rolach i nominacjach przypomina mi o pewnej zabawnej grze internetowej, w której w wyścigu o statuetkę biedny Leo przegrywa nawet z niedźwiedziem…
Zasnąłem i nie śniłem o Oscarach. Kiedy jednak się obudziłem, jedną z pierwszych informacji, które do mnie dotarły, była oczywiście ta o laureatach. I spośród nich najbardziej ucieszyło mnie wyróżnienie dla Seana Penna.
Nie było mi dane poznać większości kreacji konkurentów do tegorocznego Oscara za rolę drugoplanową, ale nie wiem, co musieliby zrobić, by przebić Penna. Na pewno nie zrobił tego Benicio Del Toro — choć był świetny, do roli Sergio Carlosa dobrany idealnie. Cóż, nic nie poradzisz: gdy jesteś w swoim fachu wybitny, ale trafisz na Maradonę albo Jordana w najwyższej formie, możesz co najwyżej z pokorą znaleźć miejsce w szeregu i spróbować poczekać na swój czas.
Sean Penn od pierwszego do ostatniego momentu swej bytności w „Jednej bitwie po drugiej” pobudza, przyciąga, odpycha, bawi i wzrusza. Swoją grą zobowiązuje widza do nieustannej uwagi — oddalenie się choć na moment od ekranu, dekoncentracja, byłyby niemal potwarzą, której artysta — słusznie — nie wybaczyłby. Nade wszystko jednak takiej pogardy dla aktorskiego kunsztu widz nie mógłby wybaczyć samemu sobie.
Steva Lockjawa — postać nader sugestywną — zapewne przerysowaną (choć śledząc współczesność coraz częściej pytam: czy na pewno?). Można go nienawidzić, można się go bać, można z niego szydzić. Można mu też współczuć. Sean Penn pomaga nam jednak dostrzec w tym przepełnionym goryczą, okrucieństwem i złem człowieku coś jeszcze. Wydaje mi się, że coś bardzo ważnego. Ale niech każdy z nas spróbuje to nazwać — i tego poszukać.
A sama „Jedna bitwa po drugiej”? Świetny film, czego — moim zdaniem — pierwszy kwadrans wcale nie zapowiada. Długi, wymagający, trzeba poświęcić mu nie byle jaki wieczór. Najlepiej taki, w którym można — w domowym zaciszu — usiąść i nie tylko dobrze się bawić.
Foto: Sean Penn jako Steve Lockjaw w filmie „Jedna bitwa po drugiej”, reż. Paul Thomas Anderson, 2025
