Kilkanaście lat temu, gdy nierealne marzenie niespodziewanie wstąpiło na ścieżkę realizacji, w ramach przygotowań do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na ścianie biura, w którym pracowałem, zawisła fizyczna mapa tego mocarstwa. Mapa osobliwa – bez wątpienia pamiętająca czasy słusznie minione. Zaznaczono na niej najważniejsze amerykańskie miejscowości, pośród których wyraźnie nadreprezentowane było jedno, o swojskiej nazwie: Warsaw.

Nie wiem, jaka była motywacja twórców tej mapy. Być może chcieli zasugerować, że zachodni imperialista buduje swą potęgę na małpowaniu, skoro nawet na tworzenie oryginalnych nazw miejscowości go nie stać? A może przeciwnie – że mamy swój istotny udział w kolonizowaniu Ameryki Północnej? Dodam tylko, że były to: wydział, magazyn i mapa; rzeczy uniwersyteckie, z naukami społecznymi związane. Najpewniej więc nie o topografię tu chodziło.
Mapa początkowo przykuwała uwagę odwiedzających, potem się opatrzyła. Bywali tacy, którzy zerkając na nią, podpowiadali, dokąd warto się udać, wspominali miejsca, które odwiedzili. Inni – jak i ja – zamaszystymi gestami kreślili na niej własne marzenia. Wspomniane Warszawy bywały co najwyżej tematem żartów. Planowana wyprawa nie uwzględniała wizyt w polsko brzmiących miejscowościach. Poza Chicago, rzecz jasna.
Ściślej rzecz biorąc – ponieważ akcja toczyła się w Poznaniu, a większość członków eskapady była z nim związana – pojawił się pomysł, by podczas kilkudniowego pobytu w Grand Rapids w stanie Michigan wyskoczyć na chwilę do Posen. To niewielka wieś na północy stanu, zamieszkana przez niespełna ćwierć tysiąca mieszkańców. Do „stolicy ziemniaka” (tak, mają tam ponoć Potato Festival) było jednak ponad 200 mil, a program w Grand Rapids okazał się zbyt intensywny. Pomysł zarzuciliśmy.
Lecąc pierwszy raz do USA, wiedziałem już, że nie brakuje tam Warszaw i że da się znaleźć Poznanie. Nie miałem jednak zielonego pojęcia, że wśród polskich akcentów jest także Panna Maria – niewielka miejscowość w Teksasie, mniejsza nawet od wspomnianego Posen, a przy tym pierwsza osada w USA założona przez Polaków. Nie wiedziałem też, że wybierając się do Panny Marii, można odwiedzić Cestohowę, Kosciusko czy Pawelekville. Wszystko to maleńkie miejscowości, do dziś zamieszkane przez potomków – powiedzmy dumnie – polskich pionierów. Świadczą o tym nie tylko polskobrzmiące nazwiska, lecz także instytucje powołane do pielęgnowania dziedzictwa.
Myśląc o polskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych, długo sprowadzałem ją do historii ucieczek z PRL-u. Tymczasem etapów wyjazdów „za chlebem”, za lepszym życiem, było znacznie więcej – i zaczęły się one dziesiątki, a nawet setki lat wcześniej.
Nie potrafię stwierdzić, na ile wyjątkowa na tym tle była wyprawa mieszkańców Płużnicy Wielkiej, którzy za namową franciszkanina o. Leopolda Moczygemby ruszyli w nieznane, za ocean, do zupełnie obcego im świata. Na pewno jednak jest to historia, którą warto poznać. Umożliwia nam to Ewa Winnicka w książce „Miasteczko Panna Maria. Ślązacy na Dzikim Zachodzie” (Wydawnictwo Czarne, 2024).
Nie zdradzę jednak więcej – Ewa Winnicka będzie gościem jutrzejszych „Portretów Ameryki”, a następnie moją rozmówczynią w Polameryka – blog i podkast społeczno-kulturalny.
Po prostu przeczytajcie tę książkę. To kolejny, w dodatku bardzo dobrze napisany dowód na to, że najbarwniejsze historie pisze życie. Najbarwniejsze nie znaczy oczywiście pozbawione tragizmu. W tej obejmującej przeszło półtora wieku opowieści jest wszystko – z amerykańskim snem zbudowanym na teksańskiej ropie włącznie.
Można się nabijać z mapy z największą chyba liczbą Warszaw. A jednak dziś chętnie powiesiłbym na ścianie mapę Stanów Zjednoczonych, na której znalazłyby się Warszawy, Poznanie, Częstochowy, Kościuszki, Pawelekville i inne. By – planując, jak Bóg da, a Trump pozwoli – kolejne wyprawy do Stanów Zjednoczonych, przejechać nie tylko Route 66, lecz dotrzeć choćby na Poznański Festiwal Ziemniaka.
Spotkanie pt.: Jak Polacy zdobywali Dziki Zachód?
Czwartek, 26 lutego, godz. 18, Piwnica Powszechna
—
A skoro doszedłem aż do Route 66 (której w tym roku stulecie obchodzimy), to podrzucam zdjęcie z dawnej stacji benzynowej na jej trasie, położonej gdzieś na styku Oklahomy i Teksasu. Dzień wcześniej byliśmy w Dallas – jakkolwiek to zabrzmi, wtedy byłem prawdopodobnie najbliżej Panny Marii.
